Andrzej Zaucha to jeden z tych artystów, których głos rozpoznaje się po kilku sekundach – ciepły, głęboki, z naturalnym wyczuciem rytmu, które nie dało się wyuczyć w żadnej szkole muzycznej. Bo Zaucha szkoły muzycznej nigdy nie skończył. Był samoukiem, z zawodu zecerem, a mimo to przez ćwierć wieku pozostawał jednym z najważniejszych głosów polskiej piosenki. Jego historia to opowieść o talencie, który toruje sobie drogę bez względu na okoliczności – i o życiu, które urwało się w najmniej spodziewanym momencie.
Kraków, kajaki i pierwsze bębny
Andrzej Rudolf Zaucha przyszedł na świat 12 stycznia 1949 roku w Krakowie – i to miasto towarzyszyło mu przez całe życie, aż do ostatniego dnia. Wychowywał się w krakowskiej dzielnicy Pychowice w rodzinie z muzycznymi tradycjami. Jego ojciec był piosenkarzem i grywał w chałturniczych zespołach muzykę do tańca. Muzyka była więc w domu od zawsze, choć nikt nie planował, że Andrzej zostanie zawodowym artystą.
Andrzej debiutował w wieku ośmiu lat, gdy musiał zastąpić swojego ojca, który z powodu bólu zębów udał się na pogotowie. Tak zaczęła się przygoda z perkusją – nie z wyboru, ale z konieczności. W czasie szkoły podstawowej grał w różnych składach amatorskich i półprofesjonalnych.
Równolegle z muzyką rozwijała się sportowa pasja. W młodości trenował kajakarstwo – na mistrzostwach Polski w 1963 roku prowadzona przez niego czwórka wywalczyła brązowy medal w kategorii juniorów, a w 1964 roku zdobył złote medale mistrzostw Polski juniorów w jedynce i czwórce. Był trzykrotnym mistrzem Polski, ze sportu zrezygnował jednak dla muzyki.
Andrzej Zaucha był z zawodu zecerem, trzykrotnym mistrzem Polski w kajakarstwie i muzycznym samoukiem – zanim stał się jednym z największych głosów polskiej estrady.
Od Dżamblów do Anawy – lata formowania głosu
Muzycznie debiutował jako perkusista w amatorskim zespole Czarty, a później został solistą grupy Telstar. W 1966 roku po raz pierwszy pojawił się na deskach scen klubów studenckich, a jego profesjonalna kariera nabrała tempa wraz z występami jako wokalista w jazzrockowym zespole Dżamble.
Ich występ na festiwalu „Jazz nad Odrą” w 1969 roku we Wrocławiu pozwolił na zaprezentowanie wyjątkowej barwy głosu Zauchy szerszej publice. Wkrótce grupa nagrała jedyny w swej dyskografii album „Wołanie o słońce nad światem”. To był pierwszy ślad na płycie, który po sobie zostawił.
W 1971 roku związał się z krakowską grupą Anawa, gdzie za mikrofonem zastąpił Marka Grechutę. Z Anawą nagrał dwa lata później longplay pt. „Anawa”, na którym znalazły się kultowe dziś piosenki jak „Abyś czuł”, „Linoskoczek” czy „Stwardnieje ci łza”. To były już inne rejestry – bardziej poetyckie, bardziej nastrojowe. Zaucha udowodnił, że potrafi odnaleźć się w bardzo różnych stylistykach.
W latach 1973–1979 śpiewał i grał w zespołach rozrywkowych za granicą – występował w klubach muzyczno-rozrywkowych i pubach w Niemczech Zachodnich, Austrii, Szwajcarii i Holandii. Ten etap rzadko pojawia się w popularnych opowieściach o Zausze, a był ważny – to właśnie wtedy szlifował sceniczne rzemiosło przed wymagającą, nieznającą go publicznością.
Kariera solowa i przełom lat 80.
Solową karierę artysta zaczął dosyć późno, bo po trzydziestce. W 1983 roku nagrał pierwszą płytę zatytułowaną „Wszystkie stworzenia małe i duże”. Została ona nagrana z mudzikami Grupy Doktora Q i z udziałem Ewy Bem w tytułowej piosence, która też osiągnęła duży sukces. Album odniósł sukces i przyniósł wokaliście popularność – największą popularnością z tej płyty cieszył się utwór tytułowy, który zaśpiewał w duecie z Ewą Bem.
W 1985 roku wystąpił podczas Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu i od tego czasu występował tam regularnie aż do 1991 roku. Opole stało się jego naturalnym środowiskiem – to tu publiczność pokochała go najbardziej.
Drugi album i nowe przeboje
W 1987 roku wydał drugi album solowy „Stare, nowe, najnowsze”, na którym znalazły się takie utwory jak „Myśmy byli sobie pisani”, „Bądź moim natchnieniem” i „C’est la vie – Paryż z pocztówki”. Każdy z tych tytułów mógłby być samodzielnym przebojem – razem tworzyły płytę, która ugruntowała jego pozycję jako artysty pierwszej ligi.
Kiedy na listach przebojów kicz mieszał się z przebojami Michaela Jacksona, Perfectu i Republiki, zmieniał się też styl Andrzeja Zauchy. Jazzowo-soulowy artysta poetycko śpiewający o losie ludzi i problemach współczesnego świata przeobrażał się w popowego króla sceny. Nie tracił przy tym autentyczności – to był świadomy wybór człowieka, który wiedział, czego chce publiczność, ale też wiedział, co sam potrafi.
Rok 1988 i „Byłaś serca biciem”
W 1988 roku na KFPP w Opolu wykonał swoją najsłynniejszą piosenkę – „Byłaś serca biciem”, za którą otrzymał wyróżnienie. Ten utwór stał się jego znakiem rozpoznawczym na zawsze. Na kolejnym przeglądzie w Opolu wykonał utwór „O cudzie w tancbudzie”, za który także otrzymał wyróżnienie, a także nagrodę za wybitne osiągnięcia w wykonawstwie piosenek.
W 1989 roku obchodził jubileusz 20-lecia pracy scenicznej jako wokalista i w tym samym roku została wydana ostatnia płyta za jego życia, zatytułowana „Andrzej Zaucha”. Dwie dekady na scenie, a głos wciąż w szczytowej formie.
Największe przeboje – co zostało na zawsze
Zaucha był wykonawcą ponad dwustu utworów – od jazz-rocka po estradowy pop. Z tego ogromnego repertuaru kilka tytułów przeszło do historii polskiej muzyki rozrywkowej.
- „Byłaś serca biciem” – największy przebój, wykonany po raz pierwszy w Opolu w 1988 roku, do dziś emitowany w radiu i rozpoznawalny przez kolejne pokolenia.
- „Siódmy rok” – jedna z najbardziej nastrojowych piosenek w jego dorobku, pełna charakterystycznego dla Zauchy ciepła.
- „C’est la vie – Paryż z pocztówki” – lekki, elegancki, z nutą kabaretowego humoru.
- „Myśmy byli sobie pisani” i „Bądź moim natchnieniem” – przeboje z albumu „Stare, nowe, najnowsze”, które zdobyły szeroką publiczność.
- „Czarny Alibaba” – z repertuaru Heleny Majdaniec, „Baby, ach te baby” – nagrana wspólnie z Ryszardem Rynkowskim, oraz „Rozmowa z Jędrkiem” – nagrana wspólnie z Andrzejem Sikorowskim.
Dzięki niespotykanej barwie głosu potrafił odnaleźć się niemal w każdym gatunku muzycznym. Najbardziej lubił jazz, rock i pop. Jego ukochanym gatunkiem muzycznym był rhythm and blues, który wywodzi się z połączenia jazzu, bluesa i gospel.
„Byłaś serca biciem” – piosenka wykonana po raz pierwszy w Opolu w 1988 roku – do dziś pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich przebojów estradowych wszech czasów.
Współprace, kabaret i teatr
Podczas swojej kariery współpracował z największymi twórcami jazzowymi, jak Tomasz Stańko i Jan „Ptaszyn” Wróblewski, oraz popularnymi piosenkarzami, m.in. Andrzejem Sikorowskim i Ryszardem Rynkowskim. Nie był artystą zamkniętym w jednej stylistyce – chętnie szukał nowych przestrzeni.
Zaucha potrafił odnaleźć się zarówno w jazz-rockowych Dżamblach, poetyckiej Anawie, popowych hitach z Opola, kabaretowym trio Sami – które tworzył z Andrzejem Sikorowskim i Krzysztofem Piaseckim – czy Big Bandzie Wiesława Pieregorólki.
Występował w spektaklach Teatru STU w Krakowie, m.in. w głośnym „Kur zapiał” czy musicalu „Pan Twardowski”, gdzie wcielił się w główną rolę. Pojawiał się także na dużym ekranie w filmach takich jak „Miłość z listy przebojów” czy „Trzy dni bez wyroku”.
Osobnym rozdziałem są produkcje dla dzieci. Nikt inny na polskiej scenie nie potrafił tak brawurowo zaśpiewać „Georgia on My Mind” Raya Charlesa, a jednocześnie motywu przewodniego do uwielbianej przez dzieci „Wieczorynki” – „Gumisiów”. Młodzi ludzie, którzy wychowali się na dobranocce „Gumisie”, pamiętają, że każdy odcinek zaczynał się od piosenki, którą śpiewał właśnie Zaucha.
Życie prywatne – Elżbieta i córka Agnieszka
Żona Elżbieta była miłością życia artysty. Spędził z nią 23 lata. Ich związek był przez bliskich opisywany jako głęboki i szczery – Elżbieta towarzyszyła mu przez cały najtrudniejszy etap budowania kariery.
Elżbieta Zaucha pod koniec sierpnia 1989 roku doznała groźnego udaru, zlokalizowanego przy pniu mózgu. Lekarze walczyli o jej życie, a przyjaciele imali się wszystkiego, żeby jej pomóc. Elżbieta Zaucha zmarła 31 sierpnia 1989 roku, w wieku 39 lat.
Przełom lat 80. i 90. był dla Zauchy trudny, bo razem z nadejściem sławy nadeszła też ogromna tragedia. Jego ukochana żona Elżbieta zmarła nagle z powodu choroby w sierpniu 1989 roku. Zaucha został sam z zaledwie 17-letnią córką. Największą motywacją do dalszego działania była dla niego córka Agnieszka.
Wsparciem okazali się jego przyjaciele, Andrzej Sikorowski i Krzysztof Piasecki, z którymi występował w zespole kabaretowym „Sami”. Krzysztof Jasiński specjalnie dla niego stworzył postać w musicalu „Pan Twardowski”, co miało wyciągnąć go z załamania psychicznego.
10 października 1991 – tragiczna śmierć
10 października 1991 roku po występie w musicalu „Pan Twardowski” na deskach krakowskiego Teatru STU piosenkarz został zastrzelony przez francuskiego reżysera Yves’a Goulais, męża Zuzanny Leśniak, która podobnie jak Zaucha zginęła w wyniku wydarzeń tamtego dnia.
Do tragedii doszło na skrzyżowaniu ulic Władysława Syrokomli i Kazimierza Morawskiego, jakiś kilometr od Wawelu. Motywem zabójstwa i wystrzelenia dziewięciu kul z karabinka sportowego kaliber 5,6 mm była zazdrość o Leśniak. Oprawca został skazany na wiele lat więzienia.
Zaledwie dwa dni przed śmiercią Zaucha wraz z Alicją Majewską, Heleną Frąckowiak i Włodzimierzem Korczem nagrał świąteczną płytę „Kolędy w Teatrze STU”. Nikt z uczestników tamtej sesji nie przypuszczał, że to jedno z ostatnich nagrań w jego życiu.
Andrzej Zaucha został pochowany na Cmentarzu Batowickim w Krakowie.
Andrzej Zaucha miał zaledwie 42 lata, gdy zginął. W chwili śmierci był u szczytu popularności – regularnie grał w teatrze, nagrywał i planował kolejne projekty.
Spuścizna i pamięć
Przez ćwierć wieku był jednym z najważniejszych głosów polskiej piosenki. Jego muzyka nie zestarzała się – „Byłaś serca biciem” i „Siódmy rok” wciąż trafiają na listy polskich klasyków, a nowe pokolenia odkrywają go często przez algorytmy streamingowe, nie przez archiwa.
W 2020 roku ukazała się obszerna biografia artysty. Książka „Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy” dostępna jest w księgarniach od 15 września 2020 roku. Jej autorami są Piotr Baran i Katarzyna Olkowicz – dziennikarze, którzy dotarli do bliskich artysty i zebrali wspomnienia, jakich wcześniej nie publikowano.
Jego przyjaciele są zgodni, że kwestie dotyczące wizerunku rzadko zaprzątały mu głowę – a mimo to Andrzej Zaucha był artystycznym kameleonem, wokalistą, który nie tylko potrafił zaśpiewać wszystko, ale też chętnie się na to godził. Ta otwartość – na gatunki, na współprace, na publiczność – sprawiła, że jego dorobek jest tak różnorodny i tak trwały jednocześnie.
Andrzej Zaucha jest dla pokoleń muzyków wzorem do naśladowania. Nie dlatego, że miał idealne życie – miał je bardzo nieidealne. Ale talent, który potrafił zamienić w coś trwałego, bez żadnego dyplomu i bez żadnej protekcji, to coś, co w polskiej muzyce rozrywkowej zdarza się rzadko.
